Rocznik

„To się właśnie zaczęło w Chojnie” wywiad z dr hab. Radosławem Skryckim

O chojeńskim regionalizmie, wyzwaniach lokalnych periodyków oraz nadziei na rozwój pomorzoznawstwa udało nam się porozmawiać z dr hab. Radosławem Skryckim. Wiemy też czego zabraknie na najnowszej promocji Rocznika Chojeńskiego. Jeśli jesteście zainteresowani to zapraszamy na wywiad.

Dr hab. Radosław Skrycki jest zastępcą dyrektora Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego (IHiSM), redaktorem naczelnym Rocznika Chojeńskiego, przewodniczącym Zespołu Historii Kartografii przy Instytucie Historii Nauki PAN i znanym historykiem kartografii. Działa w Stowarzyszeniu Kulturalno – Historycznym Terra Incognita w Chojnie oraz aktywnie angażuje się w popularyzację wiedzy o Chojnie i regionie. Mimo natłoku obowiązków udało nam się uzyskać odpowiedzi na kilka ważnych dla regionalistów pytań.

Zacznijmy może od Rocznika Chojeńskiego, który ukazuje się już od kilku dobrych lat. Skojarzyć je można z powstaniem Stowarzyszenia Terra Incognita. Mógłby Pan powiedzieć jak narodziła się idea powołania tego pisma?

Stowarzyszenie powstało jako organ, który miał wspierać dwie zasadnicze inicjatywy. Po pierwsze, wydawanie Rocznika Chojeńskiego. Po drugie, promowanie, a później wspieranie idei, a w razie powołania – Muzeum w Chojnie. Natomiast przed Rocznikiem odbyły się dwie konferencje: w 2007 i 2008 roku. Były to spotkania poświęcone historii Chojny i tzw. ziemi chojeńskiej. Na konferencje przygotowane zostały dwa tomy studiów pt. „Chojna i okolice na przestrzeni wieków”. Były to pierwsze tego typu publikacje od książki prof. Tadeusza Białeckiego z 1969, które w jakikolwiek sposób opisywały historię Chojny i okolic. Na marginesie jeszcze powiem, że one zainicjowały całą serię studiów z dziejów różnych miast publikowanych przez Polskie Towarzystwo Historyczne oddział w Szczecinie, kiedy szefem PTH był prof. Radosław Gaziński. Ukazały się dzieje Maszewa, Nowogardu, Gryfina, Drawska i Kołobrzegu. Wracając do Chojny. Pierwsza książka rzeczywiście towarzyszyła konferencji. Pamiętam pełną salę w ratuszu, która mieści około 250 osób. Prelegenci przedstawili skróty referatów zamieszczonych w książce. W roku 2008 niestety konferencja była dużo skromniejsza ze względu na ograniczenia finansowe. W grupie przyjaciół pomyśleliśmy wówczas, że trzeba nadać tej inicjatywie jakąś nową formułę. Ja już wtedy od pewnego czasu myślałem o powołaniu periodyku lokalnego i akurat dobrze się złożyło, bo było zainteresowanie i entuzjazm. I tak powołany został Rocznik Chojeński. Co ciekawe ukazał się on zanim ukonstytuowało się Stowarzyszenie.

Jak określiłby Pan profil pisma? Początki były raczej popularnonaukowe, a obecnie Rocznik znajduje się na wykazie pism punktowanych przez MNiSW.

Zgadza się. Mimo wszystko cały czas nazywam go pismem popularnonaukowym. Nie chciałbym, żeby stał się pismem stricte naukowym z dwóch powodów. Po pierwsze, ograniczy to grupę piszących, a po drugie stanie się pismem hermetycznym przez co nie spełni swojej roli, czyli dotarcia do i popularyzacji historii wśród tzw. „zwykłych ludzi”. Dodatkowo, nie jest łatwo utrzymać pismo naukowe, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną biurokrację. Ale Rocznik jest rzeczywiście punktowany. Dwa lata temu w ocenie parametrycznej otrzymał cztery punkty. Pozwala nam to zachęcać nowych autorów, dla których publikacja liczy się do dorobku.

Czyli punkty zabijają naukę…

Nie wiem czy samą naukę, ale jej popularyzację na pewno tak.

Piątego grudnia będzie miała miejsce promocja szóstego tomu Rocznika Chojeńskiego. Jak to zostało zapowiedziane na Facebook’u Rocznika ma być trochę nietypowo. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy czego możemy się spodziewać nietypowego?

Czy tekst ukaże się przed promocją?

Mam nadzieję.

To ja w takim razie uchylę Panu tylko rąbka tajemnicy. Zrezygnowaliśmy z wystąpień referatowych. Tzn. nie będzie już prezentacji wybranych artykułów przez autorów.

Czym podyktowana jest ta zmiana? Wystąpienia były pewną tradycją.

Wynika to z doświadczeń zeszłego roku. Zresztą te doświadczenia zbieraliśmy od samego początku. Pojawiła się tutaj pewna trudność, mianowicie język, w który prezentowane są te artykuły. Zdarzało się, że referat nie dotyczył tego czego miał dotyczyć. Podniosły się głosy by dobierać odpowiednio prezentujących. Ja jednak wszystkich nie znam, nie wiem jak występują publicznie, wiem za to jak piszą; a tu niestety pomiędzy jednym a drugim bywa wielka różnica. Stwierdziliśmy więc, że nie będziemy robić niespodzianek i zrezygnujemy z tej formy. W tym roku będzie bardziej artystycznie, może trochę surrealistycznie.

Jakie wskazałby Pan problemy związane z wydawaniem czasopisma stricte regionalnego. Zakładam, że takie mogą się pojawić.

Problem jest jeden podstawowy, mianowicie pieniądze. Cała redakcja, współpracownicy i autorzy, nie dostają honorariów. Koszty wydania takiego periodyku w momencie, w którym jest on zgłoszony na listę ministerialną zaczynają rosnąć. Ot choćby tłumaczenia. Nie stać nas na tłumaczenia w dwóch językach, więc póki co jest tylko niemiecki, mimo iż Ministerstwo preferuje angielski. Dla periodyku, wydawanego na pograniczu polsko-niemieckim to absurd. Niezabezpieczenie finansowe jest więc największym problemem. Poza tym nie ma większych problemów. Autorów mamy tylu, że stać nas na to, żeby ze słabszych tekstów zrezygnować.

A jak wygląda kwestia dystrybucji?

Mamy nakład 300 egzemplarzy. W zasadzie w pół roku te 300 egzemplarzy się sprzedaje, pozostają pojedyncze sztuki. Poza 4 tomem, którego nakład był o 100 egzemplarzy większy to mamy wszystko wyprzedane, tak że z dystrybucją nie ma problemu. Właściwie, to odbywa się ona przez promocję, kontakty bezpośrednie, CIT w Gryfinie i stronę internetową.

Krążąc dookoła Rocznika Chojeńskiego chciałem się zapytać o nową serię Biblioteka Rocznika Chojeńskiego. Czy jest to osobna seria wykraczająca ramami poza istniejącą już od dawna serię Terra Incognita?

Ta seria tak naprawdę była pierwsza przed serią Terra Incognita. Biblioteka Rocznika Chojeńskiego powstała razem z Rocznikiem Chojeńskim. Założenie było, że wydajemy periodyk, a obok wydawane będą także książki. Z różnych powodów tom pierwszy ukazał się dopiero teraz…

Po sześciu latach…

…ale tak naprawdę ta książka miała się ukazać przynajmniej półtora roku temu. Natomiast seria Terra Incognita jest inicjatywą Pawła Migdalskiego (prezesa Stowarzyszenia Terra Incognita, pracownika IHiSM US – przyp. red.).

Przejdźmy może teraz do pytań bardziej ogólnych. Właściwie to zajmuje się Pan historią regionalną zawodowo. Skąd wzięło się to zainteresowanie? Pana praca magisterska dotyczyła rzeczy zupełnie innych, takich jak działalność biskupów wobec Gdańska, a tu nagle dzieje kartografii, historia Nowej Marchii…

To jest trochę tak, że dopiero po magisterium, nawet nie zawsze w trakcie doktoratu, człowiek zaczyna zajmować się tym co go rzeczywiście interesuje. Mnie ta historia regionalna trochę gdzieś tam z tyłu głowy niepokoiła. Natomiast w pewnym momencie stwierdziłem, że o historii Chojny to ja zupełnie nic nie wiem. Chojna na doktorat to było za mało. Stwierdziłem pracując w antykwariacie, że przez moje ręce przechodzi masa interesujących źródeł, do tej pory zresztą niewykorzystanych przez historyków w tym map. Ponieważ była luka w historiografii kartografii polskiej właśnie w przypadku Nowej Marchii, to pomyślałem, że jej kartografia może być takim punktem pozwalającym na powrót do Chojny. Rezultatem, po mojej obronie doktoratu w 2006 roku, były te dwie konferencje chojeńskie z lat 2007 i 2008. Był to impuls, który spowodował, że postanowiłem wrócić do Chojny mając jednocześnie olbrzymie luki w wiedzy o mieście. Po powrocie udało się zgromadzić grupę ludzi, którzy się tym zainteresowali.

Dlaczego Chojna?

Jest to miasto, z którym jestem bardzo mocno emocjonalnie związany. Nawet nie chodzi tylko o moją własną historię. Urodziłem w Dębnie, mieszkałem potem w Moryniu, wreszcie w Krzymowie i Chojnie. To są najfajniejsze lata: Chojna i Krzymów. To lata, które ukształtowały moją osobowość. To okres młodzieńczego buntu, ale i dojrzewania. Pierwsze poważne fascynacje, które mi do tej pory pozostały, muzyczno – artystyczne. To się właśnie zaczęło w Chojnie, a działo się w pewnej przestrzeni. Poruszając się po przestrzeni miasta, chodziliśmy na cmentarz radziecki, do kościoła mariackiego, który wtedy był ruiną, tu dojrzewaliśmy i jakoś ona na nas wpłynęła. Wtedy nie mieliśmy tej świadomości. Dopiero po wyjeździe z Chojny, kiedy zamieszkałem w Szczecinie, początkowy sentyment przełożył się na zainteresowania naukowe.

Skąd się wzięło zainteresowanie mapami? Czy narodziło się ono w antykwariacie, gdzie jak Pan mówił przechodziła przez Pana ręce masa źródeł, czy narodziło się może ono wcześniej? Również pocztówki, które także leżą w kręgu Pana zainteresowań… czy są to źródła, które mogą służyć do popularyzacji historii regionalnej?

Gdy zacząłem pracować w antykwariacie to o dawnej mapie nie wiedziałem kompletnie nic. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś trzymał mapę w ręku, gdzieś tam pewnie widziałem reprodukcje, ale nie zwracałem na to większej uwagi. Styl pracy Wojciecha Lizaka, u którego pracowałem wtedy był taki, że przynosił jakieś materiały i mówił, że trzeba je zidentyfikować i opisać. I tak to się zaczęło. Przyniósł mi zbiór map, w większości XVII-wiecznych. Ja do tej pory widzę mapę Inflant Blaeua, która leżała na górze tego stosu i powiedział, żebym te mapy opisał. Literatura była skromna, może ze 2-3 pozycje, Internet raczkował (był to rok 1999) i trzeba było sobie jakoś radzić. Moment, w którym dostaje się do ręki źródło historyczne nie wiedząc o nim kompletnie nic i zaczyna gromadzić strzępki informacji, które zaczynają się układać w logiczną opowieść jest bezcenny. Historii kartografii uczyłem się na niemieckich katalogach aukcyjnych. Dzięki temu, że miałem kontakt z „żywym” źródłem nauczyło mnie to do niego szacunku, ale też i tego, że nie można podchodzić do tego typu rzeczy ze strachem. Mapę trzeba dotknąć, obejrzeć pod światło… Dzięki temu, że miałem z nimi kontakt w antykwariacie, i dzięki temu, że mogłem jeździć na aukcje do Niemiec, widziałem zabytki, których nie ma w żadnych bibliotekach u nas, a które dotyczą historii Polski czy Pomorza. Przede wszystkim widoki i plany miast, ryciny oraz portrety, czyli rzecz kompletnie niedocenianą przez historyków. Starodruki mnie po prostu zafascynowały.

Jak to się wszystko jednak przekłada na popularyzowanie historii wśród ludzi? Mapy są piękne, ale trudne w interpretacji, łatwiej chyba z pocztówkami.

Szczerze mówiąc, odpowiedź jest trudna. Ja się tym zajmuję, bo to przede wszystkim lubię. Można przeciwstawić pocztówkę i mapę, to pierwsze jest łatwiejsze, a drugie trudniejsze do interpretacji. Jeśli przeszedłby się Pan z najbardziej charakterystycznymi pocztówkami chojeńskimi po mieście to zobaczyłby Pan, że jest to zupełnie inne miasto. Powstaje problem, żeby osadzić pocztówkę w przestrzeni miejskiej, jeżeli zna się tylko niemiecką nazwę ulicy. To miasto wygląda już zupełnie inaczej. Natomiast co zwiera region historyczny? Jego obszar, a więc – geografia. Punktem wyjścia dla takiego opisu powinna być właśnie mapa. Nie ma lepszego źródła dla opisu geograficznego dla XVI, XVII czy XVIII wieku niż źródło kartograficzne. Może to być wręcz „fajny” punkt wyjścia. Czy regionaliści potrafią z takiego źródła korzystać? Pewnie, że w większości nie, ale i profesjonalni historycy nie potrafią czytać dawnej mapy. Jednak dzięki temu, że ktoś się tymi mapami zajmuje, ktoś o nich pisze ktoś inny może po nie sięgnąć i z publikacji uzyskać chociaż podstawową wiedzę.

Skoro już mowa o miejscu, czy uważa Pan, że można mówić za Kazimierzem Rynkiewiczem, że patrzymy na historię Ziem Zachodnich przez pryzmat miejsca, a nie kultury co jakoby jest błędem?

Dobieranie mądrych słów i argumentów pod jakąś z góry założoną tezę nie jest poważne. Nie pozostawia pola do dyskusji. Domyślam się z czego to wynika, bo w Chojnie też mieliśmy ten problem. Jeszcze przed założeniem Stowarzyszenia na łamach „Gazety Chojeńskiej” rozgorzała dyskusja, czy „bitwa pod Cedynią” miała miejsce właśnie pod Cedynią. Padł argument, zresztą zaczerpnięty z książki prof. Piskorskiego, w tekście Roberta Ryssa, że jest możliwe, że ta bitwa odbyła się zupełnie gdzie indziej. No i odezwały się głosy, które wywołały polemikę, że tak naprawdę odbiera się Polakom zwycięstwo, że próbuje się odebrać tradycję i historię, że próbuje się je „wynieść” gdzieś na zachód i to, co nas wiąże z tymi ziemiami, utracimy. Kompletnie chybione argumenty. Tekst Roberta Ryssa to była po prostu refleksja nad książką historyka, który dopuszcza różną interpretację źródeł. Rozpoczęła się na łamach „Gazety” dyskusja, w której brały też udział osoby reprezentujące światopogląd Pana Rynkiewicza. To są dwa zupełnie różne światy. Uważanie, że my tutaj zniemczamy, czy regermanizujemy te tereny to jest jakaś kompletna bzdura. Tak naprawdę historia nie zaczęła się w 1945 roku, czy 1244, gdy padła pierwsza wzmianka źródłowa o Chojnie. Historia to pewien ciąg zdarzeń, zmienny w czasie; przecież to nie znaczy, że mamy zapomnieć o tym, kto budował te kościoły, to miasto, kto nadał mu kształt. Chociaż miasto zostało wypalone w 80% tuż po przejściu frontu, układ ulic jest dokładnie taki, jaki był przed wojną, być może od czasów średniowiecza. Z argumentami autora artykułu, o którym Pan mówi trudno dyskutować, bo tak naprawdę jest to dyskusja bardziej ideologiczna – a tej chciałbym uniknąć – niż na argumenty historyczne.

Wydaje mi się, że jest to po prostu chęć pamiętania o poprzednikach, którzy tu mieszkali.

Oczywiście, że tak, ale przede wszystkim o dziedzictwie, które oni zostawili. Mnie z tymi ludźmi kompletnie nic nie łączy, ale tak samo nic mnie nie łączy z ludźmi, którzy mieszkają teraz w Warszawie, Olsztynie, czy we Wrocławiu, bo ich nie znam. Także więź języka to trochę za mało, żeby człowiek był takim mocno osadzonym patriotą.

Dla kogoś kto interesuje się historią jest to chęć poznania historii miejsca, w którym mieszka, nieważne czy wcześniej mieszkali tutaj Niemcy czy nie.

Oczywiście. Nie da się na szczęście tej historii wymazać z podręcznika czy z kalendarza. Ta historia jest i trzeba ją znać, ot choćby po to, żeby odnosić się do niej krytycznie, bo żeby do czegoś się odnosić trzeba to znać.

Zmieniając temat. Jak wygląda obecnie pomorzoznawstwo na Uniwersytecie Szczecińskim. Z tego co pamiętam jeszcze z czasów studenckich specjalność ta nie została utworzona od kilku lat. Z czego to wynika? Czy jest to problem studentów którzy nie widzą dla siebie przyszłości po ukończeniu takiej specjalności i wolą wybrać coś bardziej praktycznego czy jest to kwestia braku zainteresowania historią Pomorza oferowaną przez Uniwersytet Szczeciński?

Myślę, że ma pan rację w tej drugiej kwestii. Jest to brak zainteresowania młodych ludzi historią regionalną w ogóle. Nawet nie tyle Pomorza co swojej małej ojczyzny. Myśmy to przerobili w przypadku Chojny. Do Terra Incognita zapisało się kilku młodych ludzi, natomiast generalnie poza Michałem Gierke (doktorant w IHiSM – przyp. red.) nikt w życiu stowarzyszenia nie bierze czynnego udziału. Nie ma na uczelni zainteresowania historią regionalną; chociaż może powiem w czasie przeszłym: nie było. W tym roku, co było zaskakujące, przyszła do mnie grupa około 10 studentów i oni, po moim wykładzie z historii regionalnej Pomorza, stworzyli grupę, na razie nieformalną, w ramach której chcą uprawiać intensywniej historię Pomorza. To są studenci drugiego roku historii.

Może to zainteresowanie wynika z wprowadzonych  niedawno do programu studiów zajęć z pomorzoznawstwa?

Tak, są rzeczywiście takie zajęcia, choć jest to wykład 1,5 godzinny raz w tygodniu. Niezależnie od zajęć zawsze namawiam studentów do zainteresowania się historią Pomorza, ale różne są tego efekty. Cieszy mnie dlatego ta inicjatywa, o której mówiłem. Niedawno zakończył się projekt Krzymów, który realizowało 90% osób spoza Chojny i regionu. Teraz chcemy uruchomić projekt związany z osadnictwem wojskowym i osoby, które się zgłosiły też z Chojną nie są związane. Są to jednak osoby, które historią regionalną, bardziej pomorską niż lokalną, chciałyby się zajmować.

Na zakończenie jakby mógł Pan powiedzieć w jaki sposób Pana zdaniem można zainteresować młodych ludzi historią regionalną? Może brak tego zainteresowania wynika z braku historii regionalnej w szkołach?

Powiem szczerze, nie wiem. Kiedyś jeszcze rościłem sobie prawo do tego, żeby znać recepty i je podawać, wymądrzać się i zabierać głos w sprawie, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że to, co mi się wydaje za słuszne, po prostu nie działa. To co myśmy robili w Chojnie, czy to była gra miejska, czy promocja Rocznika, czy zaproszenie na jakieś wykłady, czy wreszcie zaproszenie do Instytutu młodzieży szkolnej: nic nie działa. Tak naprawdę nie ma narzędzia w zasięgu ręki, którym można by było ludzi młodych zainteresować historią regionalną. Nie twierdzę, że każdą inicjatywą, bo to czasem się udaje. W Roczniku publikowaliśmy wspomnienia opracowane przez młodzież ze swoich domów, wspomnienia dziadków, rodziców itp. Takie pospolite ruszenie jest więc czasami możliwe, ale to się nie przekłada na głębsze zainteresowanie. Do mnie prawie nie docierają żadne zwrotne sygnały jaka jest recepcja Rocznika w Chojnie i okolicy, poza ludźmi 30+, którzy są dojrzali i robią to z własnej ciekawości. Nie jestem z kolei przekonany, czy jest konieczne wciąganie na siłę młodych ludzi i interesowanie ich historią regionalną. Czy to, że by mieli historię regionalną u siebie w szkole, pewnie tylko jedną godzinę tygodniowo, czy to by ich zachęciło by pogłębiali swoją wiedzę? Niestety, nie potrafię podać złotego środka. Czy jest im potrzebna historia regionalna, kiedy nie znajdują pracy u siebie i wyjeżdżają, a potem nic ich z tym miejscem nie wiąże?

Z drugiej strony można zauważyć, że na portalach społecznościowych mnożą się strony poświęcone historii miast, miejsc i wydarzeń, które często cieszą się niezmierną popularnością.

Nie wiem czy jest to zainteresowanie historią regionalną, czy po prostu Facebook daje takie możliwości, że człowiek chcąc nie chcąc może się o to po prostu otrzeć. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej strony powoduje spłycenie refleksji dotyczącej historii regionalnej i sprowadzenie jej tylko do obrazków. A to chyba nie na tym powinno polegać.

Dziękuję za wywiad.

Dziękuję również.

 

Piotr Frąckowiak

Jestem historykiem archiwistą i filologiem angielskim. W kręgu moich zainteresowań badawczych leży rozwój szkolnictwa wyższego w Szczecinie po roku 1945, zwłaszcza humanistyki. Pracuję nad rozprawą doktorską dotyczące tego tematu. Obecnie pracuję w Archiwum Uniwersytetu Szczecińskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *